Polskie realia - lans i brak kultury biznesowej

Młodzi projektanci coraz częściej mnie rozczarowują, nie mają pojęcia na czym polega kultura biznesu. Marketing polskiej marki odzieżowej opiera się na lansie i promocji własnego nazwiska. A produkt? Czy to nie on sam powinien się bronić?

Coraz trudniej jest pracować z młodymi ludźmi, tym bardziej że w wieku 25 lat chcą zarabiać szybko i dużo... Powiedzenie: „nie od razu Kraków zbudowano” serwowane mi w dzieciństwie, obecnie jest niepopularne i wzbudza ironiczny uśmieszek na twarzach dwudziestolatków (i nie tylko).
Podobnie jest z szacunkiem do partnerów biznesowych i kulturą biznesu. To terminy po które młodzież sięga z dużym oporem lub w ogóle nie widzi sensu w pogłębianiu wiedzy na ten temat. A szkoda, bo to na świecie podstawa funkcjonowania każdej marki, każdego miniprzedsiębiorstwa. Czasami mam wrażenie, że więcej wiedzy i świadomości w tej dziedzinie ma handlarz z tureckiego targu niż wykształcony projektant z ambicją rozwoju własnej marki odzieżowej (oczywiście nie mówię tu o wszystkich, jedynie podsumowuję własne obserwacje prowadzone przez rok działalności butiku internetowego).
Żadna szkoła projektowania nie uczy promocji i zasad funkcjonowania na rynku, z dyplomem projektanta wychodzą młodzi artyści, z dosyć mglistą wizją swojej (jakby nie mówić użytkowej w założeniu) twórczości. Tylko niewielka ich część ma intuicję sprzedażową lub kulturę obcowania z partnerami sprzedażowymi, wyniesioną "z domu" lub nabytą podczas prowadzenia działalności. Niestety to bardzo mały procent...
Żeby tego było mało modowi twórcy generalnie nie grzeszą skromnością. Pokora nie jest ich mocną stroną lub zwyczajnie nie wpisuje się w standardy współczesnego PR-u. Liczy się samouwielbienie i nieskrępowana pewność siebie, która chyba ma zadanie podnoszenie prestiżu marki (?). Wpisy na profilach fb, zakładki na stronach internetowych wszystko aż kipi od wpisów i notatek, które świadczą jedynie o ich zagubieniu i braku pomysłu na politykę marki i konstruktywny marketing. Przeglądając ich platformy promocyjne nie wiadomo czy projektant X ma na celu zaprezentowanie swojego produktu, czy jedynie wylansowanie własnego nazwiska. Bo tak to u nas działa, trzeba wylansować siebie (wszelkimi możliwymi śmiesznymi sposobami) żeby tylko sprzedać kolekcję. Na palcach jednej ręki można policzyć marki, które potrafią wypromować produkt, który sam się broni i nie ma znaczenia jaka twarz za nim stoi (dla tych mam wielkie uznanie). W Polsce sprzedają się nazwiska nie produkty, na świecie natomiast klienci świadomie i bez skrępowania stawiają na dobrej jakości produkt. Ale chyba odchodzę od tematu.



W ostatnim miesiącu miałam co najmniej cztery sytuacje, które zniechęciły mnie to współpracy z niektórymi projektantami. Za każdym razem borykałam się z myślami, czy to ja powinnam uczyć ich kultury biznesowej? Będąc pośrednikiem sprzedaży (butik internetowy) jestem ich partnerem, im również powinno zależeć na sprzedaży , nie tylko mnie. Śmiejemy się z obsługi klienta z lat 70-tych, a przecież zbyt wiele się nie zmieniło. Kiedy podejmuję współpracę z nową marką lub projektantem i zapraszam do współpracy z moim butikiem, na wstępie sama zabawiam się w klienta. Markę o której chcę wspomnieć (choć nie dosłownie, żeby nie zrobić jej czarnego pr-u, nie o to mi chodzi) znalazłam na facebooku. Właśnie trwała wyprzedaż na ich profilu, a ceny kolekcji były obniżone między 30%-50%. Mimo tego nadal były dosyć wysokie jak na sprzedaż w sieci: płaszcz w granicach 600 zł, bluzy 400-500 zł. Postanowiłam do nich napisać, chociaż znalezienie kontaktu nie było proste i w zasadzie nie za bardzo wiedziałam jak można skorzystać z proponowanej przez nich wyprzedaży. Ostatecznie jakoś mi się udało i zamówiłam płaszcz, a następnie poprosiłam o wysyłkę, kierując się standardowymi zasadami sprzedaży internetowej. Niestety płaszcz przyszedł do mnie zapakowany w obrzydliwe pudło, a w kieszeni znalazłam bilety komunikacji miejskiej (świadczące o tym, że był używany). Okazało się, że płaszczyk jest na mnie zdecydowanie za duży, a słabej jakości zdjęcia nie oddały do końca jego rzeczywistej formy. Napisałam więc do projektantów, że chciałabym zwrócić płaszcz i dałam im do zrozumienia, że nie do końca jestem zachwycona obsługą klienta. W zamian otrzymałam maila, w którym projektantka była ogromnie zdziwiona moimi uwagami i tym że zwracam płaszcz. Cytuję: „Napisałam już wszystkim, że sprzedałam ten płaszcz więc nie jestem zachwycona że go oddajesz. Płaszcz nie był używany, a jedynym moim błędem był fakt że nie sprawdziłam kieszeni przed wysyłką”. Na koniec projektantka kazała mi odesłać produkt na własny koszt, a do kieszeni włożyć 20 zł (zwrot za wysyłkę do mnie..). To mnie już rozłożyło na łopatki..
Tacy ludzie chcą robić biznesy i pozyskiwać nowych klientów? Nie nawiązałam z nimi współpracy, zbyt duże ryzyko:)

Żeby nie kończyć tak pesymistycznie, kilka dni temu miałam spotkanie z przedstawicielem nowej polskiej marki, która powoli zaczyna być obecna na naszym rynku i stoi za nią polska projektantka. Dystrybucję rozpoczęli od Europy, przeprowadzili badania rynku rozdając w kilku stolicach europejskich przypadkowym przechodniom swoją kolekcję. Zaproponowali rozsądne ceny, dzięki którym mogą sprzedawać się zarówno w sieci jak i bezpośrednio. Na spotkaniu mogłam osobiście ocenić i obejrzeć produkt, zostałam potraktowana jak partner biznesowy. Kiedy wyszłam ze spotkania uśmiechnęłam się sama do siebie i pomyślałam, że życzę im jak najlepiej i chciałabym tak rozmawiać z każdym projektantem. Trzymam kciuki!
Trwa ładowanie komentarzy...